Boję się, że będziemy się kłócić…

Wchodzisz w to? – zapytałam męża o zaangażowanie w budowę marki @hometotalk. Wchodzę. 

Zawsze chciałam pracować z mężem. Praca angażuje znaczną część naszego życia. Jeśli mamy taką możliwość i obydwie strony widzą w tym korzyści, dlaczego nie rozwijać i siebie i relacji również w obszarze biznesu? Na co dzień czasu na bycie razem nie pozostaje zbyt wiele.

Zrobiliśmy kick off projektu korzystając z wytycznych #wdrażamyNSM. Szczególnie trafiło do mnie podejście Szymona podkreślające wagę ZAOPIEKOWANIA OBIEKCJI, by przygotować się na kryzys, który nadejdzie. Idealnie wpisało się w moje przekonania i nasz styl komunikacji małżeńskiej.

Rozmowa o obiekcjach ma przygotować nas na czas kryzysu. Dojrzałością jest przyznać, że kryzys przychodzi zawsze. Naiwnością natomiast jest liczyć na to, że akurat nas ominie. Dotyczy zarówno relacji (storming w etapach rozwoju grupy wg Tuckmana) jak i działań. Nie możemy go wyeliminować zupełnie (chyba, że zaniechamy relacji i działań).

Kryzys możemy zaakceptować, minimalizować lub mądrze współdzielić. Jak w strategiach zarządzaniu ryzykiem (nota bene metodologia Prince definiuje kryzys jako sytuację niepewności). 

Projekty, inicjatywy nieprzygotowane na kryzys kończą się fiaskiem i rozgoryczeniem. W najgorszym wariancie załamaniem wiary w siebie i własny potencjał, bo nie każdy znajduje w sobie siłę, by odbudować wiarę w siebie po porażkach lub działać mimo porażek. Nie każdy też ma zasoby czasowe i finansowe, by kontynuować drogę pod prąd przeciwnościom. Wszystko zależy od kontekstu życiowego każdego z nas.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy na spotkaniu inicjującym współpracę w ramach #wdrażamyNSM nie skoncentrowali się właśnie na zidentyfikowaniu braków i na uczciwej rozmowie o obiekcjach.

Tą trenujemy każdego dnia :). W naszym (małżeńskim) zespole nie ma zamiatania pod dywan. Od razu podejmujemy najbardziej drażliwe kwestie, co akurat w życiu prywatnym nie zawsze polecam, bo czasem warto odczekać, złapać dystans i odpowiednią chwilę.

Więc skoro mamy ten dar 😘 konfrontacji z trudnymi tematami, przekujmy to na plus na płaszczyźnie biznesowej współpracy ze sobą 😘.

Bo z obcymi i owszem. Zawodowo jesteśmy sfokusowani na pracy z dorosłymi ludźmi, w której głównym narzędziem jest komunikacja. I która często sprowadza się do pracy na postawach (kto próbował się zmierzyć najpierw z sobą samym, ten wie, że praca na postawach to najtrudniejsza robota ever :)). Mamy za sobą dużo trudnych rozmów z innymi, nie boimy się ciężkich tematów i znamy trud rezygnowania z relacji, które wnoszą więcej zamieszania niż dobra.

By móc zarządzić potencjalnym kryzysem musimy zidentyfikować zagrożenia. Wydobyć i zaopiekować obiekcje. 

Zarezerwowaliśmy więc z mężem czas bez rozpraszaczy, by skoncentrować się na rozmowie.

Pierwsze spotkanie nie wyczerpało wszystkich tematów. Choć wiele z punktów agendy mieliśmy przegadanych już dużo wcześniej. 

Największym wyzwaniem okazał się dla nas A) czas, który możemy poświęcić na wspólną pracę i B) obawy, że poróżnimy się w kwestii samego zarządzania.

Boję się, że będziemy się żarli… powiedział mój mąż. 

On – silna osobowość, od lat rozwijający się w zarządzaniu innymi… Rola, z której jak stwierdza, będzie trudno mu wyjść w naszej współpracy.

Cały czas swojej pracy poświęca korporacji IT, w której zarządza zespołem programistów. Po pracy pada na twarz i mimo wielokrotnych prób wspierania moich działań nie ma po ludzku siły, by przeprocesować kolejne informacje. Może wykrzesać z siebie 15 minut dziennie. Na początek dobre i to. 

Ja – silna osobowość, od lat niezależna i samostanowiąca, mocno wyznaczająca granice i nie dająca sobie nikomu wchodzić na głowę. 

Porzuciłam ambicję bycia prezesem prezesów i podczas pracy w konsultingu świetnie odnalazłam się w służebnej roli bycia cieniem, facylitatorem dla klienta, który jest w centrum uwagi. Równocześnie inicjator, właściciel i realizator projektu, od jakiegoś czasu poświęcam mu całe swoje zawodowe życie, etat, żyję nim non stop. 

I tu właśnie pojawia się niezła mieszanka wybuchowa: styl pracy każdego z nas wobec możliwości zaangażowania się w projekt. Ale potencjał jest. 

Jak pogodzić nasze doświadczenie i osobowości,  oraz nierówne zaangażowanie w projekt, by współpraca zbliżała nas do siebie, a nie dzieliła poprzez zgrzyty i pojedynkowanie się o swoje miejsce i rację?

Rozwiązanie jest w zasięgu ręki nas samych… Sięgamy do innego zasobu w sobie, którego uczyliśmy się latami w jednym z zespołów, w którym działaliśmy wspólnie: wciąż mało popularnej, niedocenianej POKORY.

Pokora to wskaźnik naszej dojrzałości i NARZĘDZIE, które pozwoli nam maksymalnie wykorzystywać wspólny potencjał. Przejawia się w schodzeniu z piedestału własnego ego, odstawieniu kompetencji, zapomnieniu, “że wiemy” i SŁUCHANIU uszami nowicjusza drugiej strony. Słuchania z pozycji “nie wiem”, ale chcę usłyszeć.

Zawsze marzyłam o współpracy z mężem. Zaczniemy od małych kroków. Jak na dobrej randce ;).